Dawno, dawno temu, w dżdżysty listopadowy wieczór zostałam sama w domu. Nie byłoby w tym nic dziwnego ani ciekawego, gdyby nie fakt, że był to wieczór bardzo znaczący w historii mojego macierzyństwa.
Mój jedynak zabrał walizki, pomachał rączką z parkingu, wołając: nie rycz mała, nie rycz… i tyle go widziałam. Co robić?
Puste gniazdo jest ciche jak grób. Gdybym miała wtedy do kogo otworzyć usta, echo by się odbijało od ścian. Łaziłam po domu bez celu, zbierałam w pokoju syna porzucone drobiazgi, aż w końcu usiadłam przy jego biurku i zagapiłam się na kalendarz. Czy ktoś by uwierzył, że zaledwie wczoraj wyprawiałam go na egzamin maturalny? A jakieś trzy dni wcześniej fryzowałam mu grzywkę do komunijnego zdjęcia? Jak ten czas zleciał… Nie do wiary. A jednak.
No więc pobeczałam sobie nad upływającym czasem, nad tym wszystkim, co mnie absorbowało przez ponad 20 lat i co już nigdy nie wróci. I wtedy właśnie mój wzrok padł na klawiaturę komputera. To był nowy nabytek syna i ostatnio zajmował mu sporo czasu.
Co też on takiego ma w sobie, że inteligentny wykształcony człowiek odrywa się od niego tylko w celu odbycia wycieczki do lodówki albo do łazienki. A przecież wcale nie jest pisarzem. Bo dotąd komputer był dla mnie taką trochę większą i bardziej zawiłą maszyną do pisania. Co więc takiego jest właśnie w tym komputerze?
Nacisnęłam klawisz i się zaczęło – na ekranie rządki malutkich obrazeczków, każdy coś znaczył, tylko ja nie wiedziałam co. Po pół godzinie klikania w tajemnicze ikonki (bo te obrazeczki to właśnie ikonki) i odkrywania ich tajemnic, najechałam myszką na okrągłe niebieskie E. Poczułam się jak Alicja w krainie… Internetu.
To było prawie 10 lat temu. Długo by mówić, co widziałam i przeżyłam w czasie mojej pierwszej podróży po internetowej sieci, bo zaczarowany świat ukryty w brzuchu komputera okazał się nad wyraz wciągający. Dość powiedzieć, że na kilka godzin utonęłam w nim po szyję, zapominając o jedzeniu i piciu. Co tam jedzenie i picie, ja zapomniałam o paleniu papierosów!
W lecie szukałam dla mojej szefowej torebki Burberry. Zamiast latać z rozwianym włosem po Warszawie, wpisałam do wyszukiwarki markę i dostałam komplet informacji – adresy warszawskich sklepów, sprzedających te torebki, oferty fotograficzne z opisami, cenami i tak dalej.
Jeśli chcę sprawdzić, czy pensja wpłynęła już na moje konto, zapłacić podatek, zmienić dyspozycje opłat stałych w banku, nie jadę 5 przystanków autobusem, nie ustawiam się w długiej kolejce i nie wściekam się, że kolejna urzędniczka znika gdzieś, a ja jak głupek sterczę od 40 minut w tym samym miejscu – wchodzę na stronę mojego banku i załatwiam wszystko ze swojego pokoju. Jeśli mam chandrę, otwieram swoje gadu i wyżalam się koleżance ze Śląska.
A wieczorem siadam sobie wygodnie z kawusią i gram w skrable. Albo w kanastę. Albo w kierki – z Niemcami, Portugalczykami lub jedną sympatyczną blondynką z Chicago.
Gdy się wybieram w podróż, na stronie PKP szukam najlepszego połączenia. Do kina też nie idę w ciemno, repertuar sprawdzam w komputerze i nawet rezerwuję bilet. Chcąc się dowiedzieć czegoś o ptasiej grypie, również wchodzę do sieci. Albo gdy poszukuję przepisu na makowiec.
A gdy ponad 3 lata temu szukałam pracy w Warszawie, przygarnęła mnie do swojego domu pewna puszysta skrablistka. Dzięki temu, że dała mi „bazę wypadową” na czas poszukiwań i biegania na spotkania, mam dziś pracę. A skąd się ona wzięła? Ano z Internetu, z komputera, z tak zwanej sieci. Wiele lat temu nauczyła mnie grać w skrable, a gdy się znalazłam w tarapatach, solidarnie wyciągnęła do mnie rękę, dając dowód, że Internet też miewa duszę, a komputer to nie jest wyłącznie maszyna do pisania.
Jest taki stary czeski film o straszliwych skutkach awarii telewizora. Ostatnio mniej oglądam filmów, bo w moim wieku już właściwie wszystkie ważne filmy się obejrzało i szkoda czasu na coś, co już było. Nie wiem więc, czy nie ma jakiegoś filmu o straszliwych skutkach awarii komputera. Jeśli nie ma, to powinien być, bo to dopiero są skutki!
Wczoraj była niedziela i zaplanowałam sobie, że pogram w skrable ze znajomymi, sprawdzę w Google słowa do krzyżówki w Wyborczej i zobaczę, czy mój przyjaciel przysłał wreszcie swoje nowe zdjęcie. Niestety, nic z tego nie wyszło, bo komputer pracował ciężko jak koń w błocie, burczał, zgrzytał i zabraniał dostępu do Internetu, a zatem nie odbierał poczty i ciągle pokazywał ostrzeżenia, że jestem zewsząd zainfekowana i zagrożona przez stada robali i wirusów. Poczułam się bardzo samotna i opuszczona.
Jeśli nigdy nie dotykaliście komputera inaczej jak ścierką do kurzu, wszystkie opisane wyżej nieszczęścia wydają się Wam czystą abstrakcją. Miałam kiedyś trochę podobnie. Większość ludzi w naszym wieku, a głównie kobiet, patrzy na swoje dzieci i wnuki z respektem, że takie mądre i uczone, bo używają komputera, wiedzą co to serwer i memorka. No i ciągle wysyłają i dostają te tam, noo te... jak im tam… emaile. A przecież gdyby ktoś na nas samych spojrzał z podziwem tylko dlatego, że umiemy używać odkurzacza, uśmialibyśmy się jak norki. Nieprawdaż?